variety is a spice of life

Danie dnia

wtorek, 15 listopada 2011

Idzie nowe, już się urodziło,a  teraz będziemy obserwować jak się rozwija. Na razie powitalnie w oczekiwaniu na czas.

nie mogę wkleić jak zwykle, więc piszę:

www.karczmarka.blogspot.com

Czuję się jakbym wchodziła do jakiejś starej piwnicy i komuś zaglądała do spróchniałej szafy i wyciągała starą suknię ślubną prababci Henryki. A przyszłam się tylko pożegnać, tzn przeżegnać, to jest przenieść. Ten blog już wymarł, jest reliktem bardzo ciekawej i rozbrajającej wspomnienia przeszłości. Kocham go za to. Bez żartów. To ukochany dzieciak, najlepszy miś z dzieciństwa, ulubiony przepis na krupnik. Ale czas zostawić, pójść w inne, a może takie samo, ale od początku? Tabula blog. Dopóki neurofizjologia się nam w to nie wedrze, możemy tak myśleć droga karczmarko. Idź w nieznane. Pa!

Aha. Żeby nie było jak stworzę to wrzucę adres, bo w końcu kto to widział znikać bezpowrotnie w tak młodym wieku.

czwartek, 27 maja 2010

Byłam wrzucona już wcześniej

ale tu nic nie ma

ciągle jest szum, spalina

woda, powietrze tnie

gołąb w fontannie i ciemne gęby w nowych adidasach.

 

Wzdłuż muzyki portem przesuwa się wrak

Nic nagle nie parszywieje, bo jeśli już

to takie było

nawet to po drugiej stronie mostu

topią się niemal ich nie widać

tak cicho.

 

Miasto z brystolu paluchem z ziemniaka

wskazuje kierunek: w dół w średnie wieki w niesamowystarczalność

rozszerza bezzębną paszczękę

tu wsuwam kawałek

nie ma czym pogryźć

nie ma czego się bać

jestem spacerowicz

nie mam czym się bać.

 

barbra.bristol.27.05.2010

sobota, 13 lutego 2010

Ekhm...trochę spuszczam głowę, chrząkam nerwowo, bo dawnom nie była, trochę głupio wracać bez choćby cienia pokory do opuszczonego dziecka. Opuszczanie jest zdecydowanie łatwiejsze...podejrzewam. Może jakaś dyskusja na ten temat w okolicy się zadzierzgnie?

W każdym razie nie wchodze ostatnio zbyt częśto na blogi energii pozytywnych, bo mam wrażenie, że nikt nie ma nic pozytywnego do napisania. Wszechobecny śniegowy chaos, pandemonium zimna, mokroty i tęsknoty za słońcem trwa...nikt nie może określić wierzchołka tej lodowej góry, bo wciąż istnieje ryzyko, że pojawi się wyższy..a wteedy...katastrofy ciąg dalszy. Najgorzej jest właściwie z tymi butami...całe w soli, niszczeją, psują się, odklejają - nawet te najlepsze, które miały być warte swojej ceny mają już dosyć przenikliwości mrozu i wilgoci.

Jak tu żyć? Ano pytanie trudne, bowiem z pogodą nie wygrasz - możesz jedynie bytować w przekonaniu, ze zrobiłeś wszystko, co mogłeś, żeby utrudnić jej finalny triumf. Tymczasem trzeba przyjąć , oprócz pozycji obronnej, pozycję jak najbardziej embrionalną...wrócić do łona, na łono, na zielone trawy wyobraźni i pod rozgrzany koc wiosennego głębokiego haustu...

rozmarzyłam się...czuję jak ten mały nikły promień świeci mi prosto w lewe oko i nie daje spokojnie obserwować świata. To ulubione moje, moje uwielbione stany psychofizyczne- wiosenny bieg, wiosenny umysłu ścieg, świeży, słodki liść zerwany nawilżoną dłonią. Kiedy suchota ustępuje jędrności i światłu.

Pragnę.

Baaaj! Idę tylko po mleko, wrócę niedługo.

 

Przebił się...

niedziela, 08 listopada 2009

Ano nic specjalnego..nawet szczerze mówiąc nie ma co wspominać, bo nic tylko gadające głowy. A co tak w ogóle? Byłoby nieźle czasem coś napisać, dac znać...nawet tej niewielkiej masie, która czasem zasiądzie przed monitorem, żeby rozruszać swoje mózgowie czymś wielce lekkim.

Buty kupiłam...to nowe. Długo za nimi chodziłam, a jak już doszłam, to drogie kupiłam, ale fioletowe.

Palenie miałam rzucić dzisiaj, bo już nawet nieźle mi szło, ale wróciłam o 17 do domu i zapaliłam bez najmniejszych wyrzutów. Lubię cholera!

Byłam na międzynarodowej wystawie psów na poznańskich targach. Ale się działo! Psów jak mrówków, bąki puszczały, szczekały, wygrały te, co miały. Dziecko mi na ramieniu zasnęło..jednym słowem wszystko tak, jak trza.

Miałam się odkochać, potem zakochać, potem znów odkochać, a potem znów zakochać, a wyszło odwrotnie. Znów się zakochałam, a teraz muszę się odkochać, bo wiem, doskonale wiem, że to nie to. A jednak kusi. Nic nie poradzę, że zawsze wygrywa ta bezczelna doza racjonalizmu.

Oglądam jak natchniona Ashes to Ashes, so called kontynuację Live on Mars. Brytyjski serial o policjantce przeniesionej w czasie. Miodzio.

Na za 2 tygodnie zamówiłam jagnięcinę. Będzie gotowanko jak talala. Chociaż chcę jechać do Warszawki natenczas, więc się obaczy co z tego wyjdzie. Na pewno trza na tę okoliczność zakupić miętki.

Jadę w tym miesiącu na koncert Electric Light Orchestra...wspomnienie dzieciństwa za jedyne 150 złotych...kto mi zawiąże portfel??

Skonstatowałam wczoraj, że życie niestety nie jest przeniesieniem scenariusza "Przystanku Alaska". Bolało.

Bardzo się cieszę szczęsciem innych, ale staram sie nie wchodzić im w drogę, bo sobie ubzdurałam, że tak jest lepiej narazie, poza tym to też trochę boli. No właśnie, jeśli czyta to ktoś, kogo szczęściem się cieszę, niech za żadne skarby nie bierze tego go siebie. Ten katartyczny ból pozwolił mi podjąć pewne decyzje. Ale o tem potem.

Nie chcę nigdzie jechać na sylwestra.

Co się stało z moimi ciężko zarobionymi pieniędzmi??

That's all. Stay tuned for more karczmarka episodes on blox.pl.

 

19:57, karczmarka , Danie dnia
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 października 2009

Ostatnio nie zdarza mi się zbyt często chadzać do kina, co oczywiście jest pożałowania godne i chwalić się tym nie mam zamiaru, ale w związku z tym skwapliwie chwyciłam okazję pt " wieczorny seans z matką i ciotką w celach towarzysko-zawięziających, tj zacieśniających więzi". W takim wypadku ciężko wybrać film, bo to trzy odrębne kobiecowości, toteż wynik ślęczenia nad repertuarem jest przeważnie przewidywalny- komedia romantyczna, komedia obyczajowa, komedia itself. Ale też babskie wyjścia w mojej rodzinie często kończą się "Szklaną pułapką", 'Zabójczą bronią" lub innym tego typu.

Ad rem jednak...poszłyśmy w końcu na "Julie & Julia" z absolutnie fantastyczną Meryl Streep grającą Julię Child, amerykańską urzędniczkę, która poświęca swoje życie po czterdziestce gotowaniu i jedzeniu. Ludu mój ludu....toż to był jeden z najpyszniejszych filmów, jakiego ostatnimi czasy doświadczyłam...te miseczki, talerze, garnki, kopyście, oblizywanie palców, naciskanie powierzchni ciasta, przewracanie tarty tatin przy radosnych piskach. Współczesne wcielenie Julii już nie tak apetyczne, załzawione dziewczątko z przystojnym mężem u boku przez rok wypróbowuje wszystkie przepisy z książki kucharskiej napisanej przez Julię Child, jej guru kulinarne. Film spokojnie obyłby się bez tego wątku, bo Meryl razem ze Stanley'em Tucci stworzyli specjalną opowieść, którą moja mama nazwała by " ciepłą", a ja nazywam specjalną.

To przedziwne wrażenie, kiedy ogląda się na ekranie swoje marzenia...wszystko nabiera wszystkich sensów, miesza się i układa w całość, której istnienie do tej pory było mrzonką. Powstają też pytania i wątpliwości, chociażby o to, czy korzystanie z gotowego scenariusza nie jest przypadkiem żałosnym plagiatem?

W kazdym razie wróciwszy do domu zaprzęgnęłam internet do szukania prawdziwych programów Julii Child. Obejrzałam pierwszy z brzegu odcinek i kiedy się kończył siedziałam w kulinarnym rozmodleniu i rozchichotaniu po tym, jak Julia przewracając, wcześniej wspomnianą, tarte tatin na talerz rozbryzgała wszystko naokoło po czym ze stoickim spokojem nałożyła łyżką z powrotem na talerz i przybrała creme fraiche, głośno stwierdzając, że nic się nie stało, przynajmniej wiemy, ze kiedy coś się nie uda, można to naprawić.

Czapki z głów przed marzeniami...

Meryl jako Julia

 

 

21:05, karczmarka , Danie dnia
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 października 2009

10.10 imieniny miesiąca, niezbyt wietrzny, ale chłodny wieczór. Oczekiwanie na autobus, ten z serii codziennych, owocuje kolejnymi kijkami z tytoniem, szybko spalone, zapomniane, w płucu pustka zadymiona. Potężna kobieta z kędzierzawą głową powoli i niemal triumfalnie dociera do wiszącego przy budzie, w której od rana królują drożdżówki, kosza na śmieci z popielniczką i staje uspokojona obok, w razie gdyby autobus nadjechał zbyt prędko i musiała natychmiastowo gasić peta , a nie lubi tego robić "o ziemię". Czarna dziewczyna nerwowo przechadza się w te i we w te, zagląda co chwilę na rozklad jazdy, stuka obcasem w betonowy dywan, wwierca się palcem w świeżo rozpruty fragment szala, podciąga ciężką czarną torbę wyżej na ramię, przechodząc obok zagląda ludziom w oczy. Para na przystanku całuje się czule ( potem w autobusie ona będzie wypytywać go o nieodległą przeszłość, on będzie opowiadał, jak to niedawno dziewczyny go wkurzały), on w kapturze, ona z aparatem na zębach, przytuleni jakby ze strachu przed wiatrem. Ktoś tam zakaszlał, zaszurał podeszwą o chodnik, cisza końca dnia rozbiła się o kąty szarego przystanku. I nagle wśród smutnych dystansów pojawia się pies... rudy, czarny, szary, brązowy, siedem kwiatów jak malowany... za nim zatacza się trzydziestoletni chudy facet w kapturze na głowie, który za chwilę odsłoni bardzo złą fryzurę "na miskę". W lewej ręce trzyma puszkę Tyskiego, w prawej smycz i kaganiec, nogi mu się plączą, głowa niebiezpiecznie opada ruchem wahadłowym...idzie z daleka krzycząc: Reeeeeeksssiiooooo!!!! Chodź tu!!! Reeeksiooooo!! Ty rudy baranie!! No chodź!!! Ale z niego niesamowity pies, naprawdę.. taki zajebisty jest, mówię wam tej.,..lepszego kurwa nie widziałem w życiu.. ej i jest naprawdę w chuj mega pies, jak mnie słyszy z daleka leci.. Reeeeks!!!! Chodź tu idioto!!!! Zostaw ten autobus!!!

W tym czasie Reks zasuwa za odjeżdżającym autobusem, szczeka na niego, leci obok, w sekundę później wpada pod koła, ale jakimś cudem psiego Boga wylatuje po drugiej stronie jak skołtuniona ruda kula. Otrząsa się i leci dalej...

- Reeeekssssiooooo!!!! Chodź tuu, bo cię autobus jebnie!!! Ty głupkuuuu!!!! Ale mówię wam jest zajebisty...a taki sprytny, ze nawet jak sra, to podnosi łapę... oo tak: sruuuu i łapaa..hehehehehe.  Reeeekksss!!!! Ty rudy debilu, przecież nie pod auutoooo!!

Podjeżdża autobus, ludzie uśmiani do łez zaczynają wsiadać i zajmować miejsca... ja na końću, za mną oczywiście piajny facet z "miską", opiera się prawie całym ciężarem o moje plecy, zostawiając na szyi browarny wyziew, i szepcze do ucha: No to zaraz pojedziemy...Reeeeks!! Wsiaaadaj!!!

Siadam i ja, Reks już wleciał, zajął dobre miejsce przy ludziach, wszyscy z nim rozmawiają, głaszczą, w tym czasie właściciel ( właściwie kto tu właści?) pertraktuje sprawę biletu: Nooo taak...ja i pies, noo, do szp[itala..a do Mosiny to nie jedzie Pan? Przecież to kawałek...co Pan...a jakbym Panu coś ładnego kupił? Noo dobra...do szpitala...ale to ja i pies. Reks. No.. dobra, to ile? 7??? I czemu tak drogo? Nie mam.. cholera, a jak mam teraz z psem do Mosiny, co?

Reks przypatruje się temu wszystkiemu z rozbawieniem w brązowych ślepiach, chyba nic go już nie zdziwi. Za chwilę wychodzą obaj z autobusu, Reks z Panem, Pan z Reksem. Wszystkie całodniowe cisze zbijają się w jedną, wszystko cichnie.

Reksio odprowadza nasz autobus dzikim szczekiem i sprintem przy bocznych kołach. Wszyscy troskliwie trzymają kciuki.

czwartek, 24 września 2009

Wieczornia zasnuwa się i owija wokól oka jak diabli ogon. Koszmary nocy i dni wyciągają dlugaśne nogi i zasypiają uspokojone w glębokich fotelach...idzie ONA. Gubi po drodze ciuszki, wyrzuca resztki jedzenia, skórę zrzuca i wyciera ręce w suknię, albo spodnie..trudno powiedzieć, świat trochę okulal od ostatniej wizyty, więc i ona mniej pewna.

To nic. Ludzie zaczynają wyciągać sloiki, przecierać szyby i pólki, szykują się w razie czego..czego? W końcu to nie pierwszy raz, nie ma czego się bać, będzie na pewno podobnie, ale pewnie gorzej, w końcu nadzieja ma to trochę wszystko w dupie, siedzi gdzieś na wysokich dachach i majta nogami...ciamka i zgryza malinowego lizaka, przewraca oczami, obgryza paznokcie, drapie się w lewe ucho.  Dopiero jak spadnie potrzebna ilość deszczówki, wykwitną parasole i znikną bose stopy, znudzona i zblazowana podniesie się na rękach i wstanie poprzechadzać się po mieście.

"Ten rok jest inny!" - powtarza z uporem I. Patrzę nań z niepokojem...mam wrażenie, że już to slyszalam, ale tym razem wydaje się tak pewne. Narazie trzymam dystans, bo coś mi się wydaje, że dalszy ciąg jest chwiejny i obawiam się go utrącić, popchnąć zbyt mocno i zniweczyć .

"Ryzykuj! Bez tego nie masz nic!" - maniakalnie klaruje S. No do czorta! Wiem to jak nikt, bo nie ryzykuję, więc nie mam. Wpatruję się w niego i cedzę przez zaciśnięte: kiss with the fist is not everytime better than none! Bezczelny typek...palcem mnie wytyka, a każdy robi w końcu co chce, więc co się przyczepil!

Dobra..byle się nie unosić, już bylo tak dobrze...a więc ..na czym to ja..a tak! Deszczówka, zielona życiowo nadzieja,  ktoś tam z parasolem...no. Dalej mialo być o...ekhm...przepraszam, nie pamiętam...za malo magnezu, herbata wyplukuje, ale mialo być o NIEJ. Ale co ja tam będę...jak przyjdzie to sama opowie.

No to co Florence? Nowe idzie?

 

 

 

 

 

środa, 05 sierpnia 2009

- i te białe lamówki wzdłuż firanki są prawie śnieżne...noo...i właściwie długo się zastanawiałam czy kupić, ale wiesz...dopóki nie mam własnego, to nie będę zbierać sprzętów, bo co z tym potem zrobić?

- no tak, ale wkurza ta samodyscyplina właściwie, nie? My mamy własne, a nadal musimy trzymać się w karbach i uważać na to, ile razy ręka sięga w portfel...

- bez sensu..i cały czas żyjesz w przekonaniu, ze cię na nic nie stać i jesteś nieudacznicą, bo aspiracja ci siada jak tylko widzisz cenę zajebistego fotela na taras albo paneli.

- nooo...ostatnio widziałam r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-e mieszkanie z tarasem! Genialne!! Sam beton, ale kochana... w wyobraźni był już drewniany. Jedyne 170 tysięcy...ale musze o tym pogadać z P., bo wiesz..ten kredyt... no i wtedy trzeba by się spieszyć, więc i ślub musiałby być szybciej..

- ej, no właśnie! Z tym ślubem to jak w końcu?? Nie wiem na kiedy zamawiać tę kieckę dla druhny...brzoskwiniową z kokardą!! Musowo jak na amerykańskim filmie!;)

- hehehe... a M. wystartuje w niebieskiej, albo w granatowej z kołnierzem w fale... ale będzie uuubaw! Mama zrobi pierogów, usiądziemy na ogrodzie, zrobimy drinka z wiśniówki i soku bananowego. Tak, żeby bez większych zmian..no bo co się zmienia do licha własciwie??

- noo..właściwie nic, praktycznie się wam zmieni, oficjalnie i prawnie... wiadomo. kredyt.

- a poza tym i tak będziemy siedzieć na kanapie wieczorem i oglądać "True Blood", po czym ja po sześciu pierwszych kwestiach zasnę.

- hehehe...no tak.. a P. będzie nastawiał telewizor na samo-wyłączenie. Znowu... tak to widzisz jest..

- no tak...no dobra..no to zaczynam dzwonić w takim razie, bo za chwilę będzie za późno... jak to jest, że ci ludzie nigdy nie odbierają telefonów w ciągu dnia??

- hmm...wiesz co.. chyba są w pracy...haha

- haha...

 

o niebieskie migdały...

 

 

siedzę w tym ciemnym zaulku pelnym ludzi, pachnącym spalenizną tytoniu i wartkością chmielowego strumienia. Szumi zrywana i nawiązywana nić nizanych slów, które rozpraszają się w rytm swobodnego nurtu muzyki...ona musi wstać i wyjść, zeby zadzwonić do Budki, porozmawiać z mężem, z którym się rozwodzi, stygnie papieros. On w czarnej koszulce, ma chyba gladkie ramiona, z tego co pamiętam na zgięciu lewej ręki skóra jest lagodniejsza. Jego kobieta prowadzi wlaśnie kulturalne rozmowy z jego koleżanką ze szkoly, wydaje się być przy tym mila i interesująca. wlosy ma zaczesane jak trzeba i oddycha tak regularnie.

Chcialabym w nim przepaść i zamknąć na chwilę gębę chciwości ciala. On mi nie pozwoli, choć brodzę w tej myśli, nie ma twardej ścieżki. Zasiewam się jak ziarno w minimalnym drgnięciu jego oka. Żywa lza, paproch nadziei, wirtualna konsumentka.

Glowa chwiejnej godności opada mi na ramię. Znowu wychodzę.

 

jealousy and ...

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
O autorze
Zakładki:
Blogowisko
Filmowisko
Focisko się łasi
Karczmarkowe obsmakowanie
Komiksowo i sztucz-nie
Stylische
Z uchem przy chodniku